Podsumowanie kolarskiego sezonu- Najlepsze momenty- 1. miejsce- Froome kontratakuje (19.etap Giro d’Italia)

Muszę przyznać, że nie lubię Chrisa Froome’a. Jego styl jazdy i uzasadnione podejrzenia o stosowanie przez niego dopingu działają na mnie, podobnie zresztą jak na wielu innych fanów kolarstwa, bardzo odstraszająco. A jednak nawet ja nie jestem w stanie nie docenić tego co zrobił na 19. etapie Giro d’Italia…

W tegorocznym wyścigu dookoła Włoch Froome chciał walczyć o skompletowanie wielkotourowego hat-tricka (był już aktualnym zwycięzcą Touru i Vuelty), ale pierwsze etapy nie wskazywały na to, że Brytyjczykowi uda się triumfować w tym wyścigu.

Wróć, wszystko wskazywało na triumf Brytyjczyka w Giro, z tym, że nie Froome’a, a jego młodszego o 7 lat rodaka- Simona Yatesa. Tak, ten wyścig zdecydowanie należał do niego- od szóstego etapu był właścicielem Maglia Rosa, wygrał 3 etapy, a jego agresywny styl jazdy szybko pokochali kibice, trzymający często transparentami o treści „Yates we can”.

Tymczasem dla Froome’a ten wyścig do pewnego momentu układał się wręcz koszmarnie- przed 14 etapem z metą na legendarnym Monte Zoncolan w jego szanse wierzyła bardzo mało osób. Zajmował dopiero 12 w „generalce”, a kurs na jego zwycięstwo w całym wyścigu wynosił około 25:1.

Wtedy przypomniałem sobie powrót Nibalego  w Giro przed dwoma laty (wygrał Giro, mimo że w pewnym momencie do liderującego Kruijswijka tracił niemal 5 minut) i pomyślałem, że jeśli ktoś miałby powtórzyć wyczyn Włocha, to tylko Froome. Dlatego postanowiłem udać się do najbliższego punktu bukmacherskiego i postawić 5 zł na zwycięstwo zawodnika Sky. Niestety punkt był już zamknięty, a ja ostatecznie zrezygnowałem z zakładu.

To był błąd, ponieważ zła karta Froome’a odwróciła się już podczas podjazdu pod Zoncolan. To właśnie wtedy po raz pierwszy w tym wyścigu pokazał to, czym imponował w poprzednich wielkich tourach i po raz pierwszy w karierze wygrał etap Giro. Niestety dla niego, zaledwie 6 sekund później na metę przyjechał Simon Yates.

Brytyjczyk awansował na 5. miejsce, a jego strata do lidera wynosiła 3:10, a w jego głowie być może jeszcze tliła się nadzieja, na końcowy triumf. Zwłaszcza że następnego dnia, w dniu jego 33. urodzin, miał być rozegrany kolejny górski etap. Jednak tam Froome poniósł bardzo duże straty i niemal stracił szanse na końcowy triumf- nawet Nibali był 2 lata temu w lepszej sytuacji- tracił do lidera 9 sekund mniej i był sklasyfikowany 3 miejsca wyżej.

Jak by tego było mało, podczas wtorkowej jazdy indywidualnej na czas straty Yatesa okazały się być nieco mniejsze niż prognozowano. Po tamtym etapie wielu niemal przyznawało już zwycięstwo Yatesowi, a ja cieszyłem się z tego, że ostatecznie nie postawiłem tych 5 zł na zawodnika Sky…

Niesłusznie, ponieważ już dwa dni później Yates po raz pierwszy w tym wyścigu okazał słabość, a w piątek nadszedł drugi w tym wyścigu dzień Froome’a.

Już od początku 19. dnia Giro ekipa Sky zabrała się do roboty. Ich praca poskutkowała  tym, że Yates, którego chyba przerosła presja, szybko odpadł z około 20-30 osobowej grupy. Jednak jeszcze ciekawsze rzeczy zaczęły dziać się na około 80 kilometrów przed metą…

Najpierw mocnego tempa Wouta Poelsa- innego zawodnika „niebiańskich” nie wytrzymali Oomen, Formolo i przede wszystkim wciąż liczący się w walce o podium Pozzovivo, a tempo pomocnika Froome’a byli w stanie utrzymywać jedynie Pinot, jego pomocnik Reichenbach, Dumoulin, Lopez i Carapaz, a kilkaset metrów później, po ataku Froome’a także oni zostali w tyle.

Jednak ciężko było uwierzyć w to, że starszy z Brytyjczyków jest w stanie przejechać samotnie 80 kilometrów, można było się spodziewać, że jego rozpaczliwa akcja skazana jest na niepowodzenie. Mimo to jego przewaga bardzo szybko rosła i już po 15 km od ataku jego przewaga wynosiła niemal 1,5 minuty.

Sytuacja Dumoulina- zwycięzcy sprzed roku, a po odpadnięciu Yatesa także lidera wirtualnej klasyfikacji generalnej, stawała się coraz gorsza. Jego, wydawałoby się olbrzymia, niemal 3-minutowa przewaga nad Froomem topniała z każdym przejechanym kilometrem.

W dodatku po odpadnięciu Reichenbacha nikt nie chciał z nim współpracować- Carapaz i Lopez walczyli o białą koszulkę, więc nie chcieli tracić sił na gonienie Froome’a, a Pinot zdawał się być ukontentowany miejscem na podium, które dzięki odpadnięciu Yatesa i Pozzovivo miał już praktycznie zapewnione ( ostatecznie nie stanął na pudle- po następnym etapie musiał się wycofać z powodu odwodnienia).

Momentami naprawdę żal mi było „Motyla z Maastricht”, który jak wiadomo nie może się równać z zawodnikiem Sky, jeśli chodzi o jazdę po górach, a mimo to był zmuszony do tego, by ciągnąć za sobą trójkę żerujących na nim kolarzy. Po pewnym czasie ze zmęczenia Holendra postanowili skorzystać jego koledzy z ucieczki, którzy rozpoczęli odjazdy. Wtedy wyczerpany 27-latek szybko odpadał z grupki, ale za każdym razem po chwili do niej wracał.

Tymczasem przewaga Froome’a wciąż rosła i około godziny 17. Brytyjczyk, po 80 kilometrach samotnej ucieczki w końcu dojechał do mety. 3 minuty po nim na kresce zameldował się Carapaz, a po Ekwadorczyku przyjeżdżali kolejno Pinot, Lopez i Dumoulin, który po tym etapie miał do liderującego Froome’a już 40 sekund straty.

Na kolejnym odcinku Dumoulin starał się coś zmienić, ale jego próby ataku były z góry skazane na niepowodzenie i ostatecznie nie tylko nie odrobił strat, a wręcz stracił do Froome’a kolejne sekundy i to pochodzący z Kenii Brytyjczyk mógł cieszyć się ze zwycięstwa. Jeden z największych comebacków w historii kolarstwa stał się faktem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s